Bu - 3




Ten wyjazd upłynął pod znakiem krabów i kotów. Wystąpiły w trochę odmiennych rolach, ale można powiedzieć, że wyraźnie odcisnęły swoje piętno na każdym dniu.
Poprosiłem Majkę, naszą miłą, norwesko-polską gospodynię żeby osłoniła przed nami rąbek tajemnicy i powiedziała coś na temat smakowitych krabów. Na poprzednich wyjazdach różni domorośli eksperci teoretyzowali na temat sposobu przygotowywania krabów a to, że mają trujące organy i że trzeba znawcy by ujść z życiem a to, że trzeba takiemu ukręcić łeb przed wrzuceniem do garnka. Tylko gdzie taki krab ma łeb?
Wątpliwości rozwiali państwo BU.
Drugiego dnia po naszym przyjeździe do kuchni przyniesiono ogromny gar z ugotowanymi i wystudzonymi krabami. Olav usiadł na eksponowanym miejscu i pokazał jak zabrać się do tego stworzaka. Niejadalne części lądowały w osobnym miejscu a na stole piętrzyło się to, co teraz mieliśmy zjeść.
Największe emocje towarzyszyły oglądaniu zawartości pancerza. Wygląda to dość jednoznacznie i przypomina to, co nie jest jadane nawet przez największych ekscentryków. To coś rozsmarowane na kromce chleba z całą masą ochów i achów zostało mi przekazane do zjedzenia. Po krótkim, ale głębokim namyśle, zamykając mocno oczy spróbowałem. Smakuje doskonale. Przypomina bardzo delikatny pasztet.
Zostaliśmy też dokładnie poinstruowani jak dostać się do smakowitej mięsnej zawartości, jaka znajduje się w krabowych szczypcach. Teraz jesteśmy ekspertami w zakresie przygotowywania i objadania się krabami. Tym bardziej, że na trzeci dzień zostaliśmy poczęstowani krabami przez młodą niemiecką parę, która mieszkała w naszym domku na parterze. Ci młodzi ludzie wracali z morza zawsze z rybami. Osiągali chyba najlepsze wyniki ze wszystkich wędkujących.
W hyttach mieszkały dwie grupy Niemców. Jedni jeździli do portu, wynajmowali kuter i wracali głównie z makrelami. Druga grupa prowadzona przez przewodnika, który siedzi w Bu cały sezon, łowiła z łodzi. Z różnym skutkiem.
Woda w morzu miała wysoką temperaturę ( 17-18oC). Jak twierdzi Olav, ryby zeszły w głębiny gdzie jest trochę zimniej, czyli tak jak zwykle.
Nurkowaliśmy na naszej znajomej ściance u wejścia do zatoczki, w której jest nasza baza. Ryb jak na lekarstwo. Ale siedzimy w wodzie ponad godzinę i wychodzimy dopiero jak zmusza nas do tego manometr wskazujący ciśnienie powietrza w butli. Żadnego dygotania z zimna czy szczękania zębami. Woda jest cieplutka jak nigdy.
Zasięgnęliśmy języka i dowiedzieliśmy się, że trzeba zanurkować we fiordzie. Tam jest tyle ryby, że nie wiadomo, do której strzelać. Zabraliśmy dużą siatkę, bo będziemy strzelać po kolei do wszystkich.
Na miejsce podwiózł nas Zbyszek, który został na łodzi żeby nas asekurować a później odwieźć do przystani. Nurkowaliśmy przy potężnej pionowej ścianie i nie wiedzieliśmy, czego spodziewać się pod wodą, oczywiście prócz wielkiej ilości ryb. Na morzu trochę wieje i jest dość wysoka fala. Ścianka jest niedaleko wejścia do fiordu i woda rozbija się o skały. Będziemy nurkować w toni. Opadniemy najpierw na jakieś 10m, zatrzymamy się, rozglądniemy i jak trzeba opadniemy znowu o 10.


 • strona 1 • strona 2strona 3 • strona 4 •

 




Copyright © 2007 www.masztalerz.eu. Strona wykonana przez be2art