|
Pojazd zmontował osobiście z części, jakie udało mu się zdobyć. Jest nas 11 a auto przeznaczone jest do przewozu 4 lub 5 osób. Wpakowaliśmy się wszyscy.
Marsa Alam, łącznie z Beduinami, którzy zamieszkują okoliczne góry w promieniu 300km, liczy około 1000 osób.
Knajpa „ALI BABA”, sklep spożywczo-przemysłowy, bazar z jednym stoiskiem, meczet, posterunek wojskowy, kilkanaście domów i kilka stadek kóz, które poszukują czegoś do zjedzenia w zwałach śmieci.
Poprosiliśmy o piwo... Barman szeroko się uśmiechnął i głęboko zamyślił. Pewnie sobie przypominał jak TO smakuje. Skończyło się na coca-coli. Po zwiedzeniu „miasta” wracamy do bazy.
W połowie drogi okazuje się, że palimy się.
„Zapiekł” się hamulec w tylnym kole i wybuchł pożar! Akurat tuż nad płonącym kołem znajduje się zbiornik z paliwem. Gaszenie, z braku innych środków, przeprowadziliśmy piaskiem a to jedyna rzecz, jakiej na pustyni nie brakuje.
Następnego dnia siadamy wieczorem by pogadać o tym jak minął dzień, z ciemności wyłania się nasz dive-master z kolejnym pomysłem: zabierze nas do obozu Beduinów, na pustynię. Oczywiście za niewielką opłatą.
Postanowiliśmy jednak już więcej nie ryzykować i na żadne „dodatkowe” wycieczki z nim nie pojedziemy! Dosyć emocji jak na jedną wyprawę.
Zgodziliśmy się na „wieczór Beduiński”, ale na terenie obozowiska. Egipcjanie przygotowują okolicznościowy posiłek, który podają na specjalnych matach ułożonych wokół ogniska. Kolacja na pustyni przy dźwiękach arabskiej muzyki, pod rozgwieżdżonym niebem robi wrażenie a jeśli dodać do tego beduińskie tańce to zdaje się, że przenieśliśmy się na chwilkę do baśni z 1001 nocy.
Kończy się tydzień, było fantastycznie. Szkoda że już muszę wracać, tym bardziej że pewnie nigdy już tu nie przyjadę.
• strona 1 • strona 2 • strona 3 • strona 4 • strona 5 •
|