|
„Witamy w Afryce” – takie słowa usłyszeliśmy od pilota naszego Beoinga 737 gdy po ponad 3 godzinach lotu, samolot znalazł się nad deltą Nilu. Na zewnątrz, na wysokości około 10km temperatura wynosiła – 54ºC, jak na Afrykę – trochę zimno! W dole widać poletka, które uprawiają fellachowie, tradycyjnymi, niezmienionymi, od stuleci metodami. Będziemy się mogli temu przyjrzeć z bliska w okolicach Luxoru. Wybieramy się tam w ostatni dzień naszego pobytu. Na lotnisku, tradycyjnie, wita nas żołnierz w czarnym mundurze z kałachem w ręce. Odprawa graniczna przebiega sprawnie i szybko. Znajdujemy nasz mikrobus, bagaże wędrują na dach i możemy jechać. Z Hurghady do naszego obozu jest około 300km. Po drodze mijamy miasto Safaga i El Quesir. Zdumiewające jest to, że na budowach, których po drodze mijamy bardzo dużo, wcale nie widać pracowników a przybyło wiele nowych hoteli, których nie było tu dwa lata temu. Egipcjanie mówią, że, ostatnio dramatycznie spadła ilość turystów. Podobno wykorzystana jest tylko 1/3 miejsc hotelowych. Zwyczaje egipskich kierowców nie uległy zmianie. Jeżdżą po ciemku a podczas mijania nadjeżdżających samochodów włączają długie światła i trąbią. Wrażenie, szczególnie dla tych, którzy widzą to pierwszy raz, jest niesamowite.
Późnym wieczorem docieramy do „naszej” bazy a w niej czekają nas niespodzianki:
- namioty zostały pokryte nową trzciną, zastępując gałęzie palm daktylowych, powstał nowy „obiekt” - cafe shop - nie ma naszego, starego znajomego, egipskiego dive-mastera. W jego miejsce jest Amerykanin o imieniu Jadd.
Jak się później okazało, Jadd jest sympatycznym, uśmiechniętym chłopakiem a przy tym świetnym nurkiem. Wędruje po świecie. Nurkował już na Synaju, teraz jest w naszej bazie. W przyszłości wybiera się do Sudanu. Mamy z nim kontakt i będziemy mieć wieści „z pierwszej ręki”. Nie są to jedyne zmiany. Jedzenie jest smaczne, urozmaicone, na deser ciasteczko albo budyń.
Bardzo brakowało nam kurczaków z ryżem, do których przyzwyczailiśmy się dwa lata temu. W naszej grupie jest trzech Czechów: Piotr, Ryszard i Paweł. Poznaliśmy ich rok temu, na nurkowaniu w Chorwacji. Czesi złożyli formalny wniosek o przyjęcie ich do naszego Stowarzyszenia. Zarząd Waleni na wyjazdowym posiedzeniu, które odbyło się na pokładzie łodzi płynącej na rafę Sha’ab Samadai, pozytywnie rozpatrzył ich prośbę i tak oto jest z nami trzech sympatycznych, stale dowcipkujących i śmiejących się Czechów.
• strona 1 • strona 2 • strona 3 • strona 4 • strona 5 •
|