|
SAFAGA Jesień 2003
Tym razem „zagnało” nas do Safagi. Miasto leży w Egipcie, około 60km na południe od Hurghady. Zamieszkaliśmy w dużym kompleksie hotelowym. Cały teren pokryty jest bujną, starannie pielęgnowaną roślinnością. Dla naszej wygody obsługa hotelu zwalcza komary. Zabieg polega na wytwarzaniu przy pomocy przenośnego urządzenia, dużych ilości białego gryzącego dymu. Dym miał tak paskudny zapach, że był w stanie zwalić z nóg zdrowego konia. Jak wiatr zrobił porządek z tym białym paskudztwem to natychmiast z różnych zakamarków wylatywały komary. Wyraźnie zrelaksowane atakowały nas jak gdyby nigdy nic. Było jeszcze jedno ułatwienie, nie musieliśmy nastawiać budzików. Bardzo wcześnie rano budził nas Muezin, który z przejęciem wyśpiewywał różne ważne kwestie związane z kończącym się właśnie Ramadanem. Bardzo mile zostaliśmy zaskoczeni w restauracji. Posiłki, jakie nam serwowano były urozmaicone i bardzo smaczne. Nasze dotychczasowe doświadczenia w tym względzie były ot, takie sobie. Najważniejsza była rafa i nurkowanie. Tym razem okazało się, że Egipcjanie potrafią zrobić w kuchni prawdziwe cudeńka. Posiłki były fantastyczne. Baza nurkowa stanowi własność Egipcjanina, ale bezpośrednimi kontaktami z nurkami zajmuje się kobieca załoga z Niemiec i Holandii. Wszystko jest przemyślane, zorganizowane i ustalone. Egipcjanie w jakiś sposób dali się przekonać, że odpływamy od brzegu o 8,3o i łódź rzeczywiście jest w tym czasie gotowa. Raz doszło nawet do tego, że nasza łódź odbiła od brzegu bez kapitana (o imieniu Mahmud – oczywiście). Spóźnił się a teraz, wystrojony w świąteczną galabiję miotał się po nabrzeżu wrzeszcząc wniebogłosy żeby go zabrać. W końcu ktoś podwiózł go na łódź gumowym Zodiakiem.
Ten ład i porządek jest pewnie potrzebny, z usług bazy korzysta bardzo dużo nurków i improwizacja mogłaby zakończyć się kłopotami. Często wystarczą proste rozwiązania a wielce ułatwiają życie. Prócz nas na rafie nurkują ludzie z innych łodzi. Czasami podczas nurkowania jakaś łódź odpływa a inna przypływa. Dla ułatwienia życia nurkom podwiesza się w wodzie metalową tablicę z nazwą łodzi i wtedy łatwiej trafić do swoich. Na innej też pewnie poczęstowaliby herbatą, ale nie ma to jak w domu. Widzieliśmy też podwieszoną pod łodzią butlę z automatem. Takie rozwiązanie może ułatwić życie tym, którzy mają zbyt mało powietrza by przeprowadzić prawidłową dekompresję. Wszystkie nurkowania odbywały się z łodzi. Rano, po zjedzeniu śniadania meldowaliśmy się na naszej MARK STAR. Badaliśmy analizatorem zawartość tlenu w przygotowanym dla nas Nitroxie i wyruszaliśmy w morze. Cały nasz sprzęt pozostawał stale na łodzi i nie musieliśmy nic ze sobą nosić.
• strona 1 • strona 2 • strona 3 • strona 4 •
|