|
Po ponad godzinnym sztormowaniu z ulgą schodzimy na suchy ląd. Tej nocy wystarczyło zamknąć oczy a łóżko „bujało się na falach”. Ostatni dzień to niestety „nici” z nurkowania. Rano idziemy do miasta. Umówiliśmy się z naszym kapitanem, że będzie naszym przewodnikiem. Miał wolne, bo nie było chętnych do nurkowania i zabrał nas ze sobą do Safagi. Odwiedziliśmy miejscowy targ i wypiliśmy herbatę z hibiskusa w lokalnej knajpce.
Targ jest miejscem zaopatrzenia mieszkańców miasta, turyści zachodzą tu rzadko a na pewno nie tak często jak w Hurghadzie. Można tu kupić marchewkę albo świeżo złowione ryby lub rzeźnik może odciąć dla nas kawałek mięsa z tuszy wiszącej pod sufitem. W pobliżu Safagi, w górach, od prawie 4000 lat wydobywane są różne kopaliny. Tak, więc nie jest to jakaś mieścina, która ma marne kilka wieków. Tu ludzie mieszkają od bardzo dawna. Podróżowaliśmy mikrobusikami, które świetnie rozwiązują problemy komunikacji masowej miasta. Jest ich mnóstwo i zatrzymują się na wezwanie w dowolnym miejscu. Okazało się, że Mahmud jest niezłym przewodnikiem a wynajęcie go było dobrym pomysłem. Po południu idziemy na plażę poleżeć na słoneczku i popływać w morzu. Na plaży jest boisko do siatkówki. Po chwili znajdujemy piłkę i przystępujemy do rozgrywania meczu. Jest nas zbyt mało by wystawić dwie pełne drużyny. Po chwili kibice (dwóch Egipcjan, Niemiec i Włoch) uzupełniają braki w obydwu drużynach. Poziom sportowy może nie był najwyższy, ale wrzaski, jakie towarzyszyły grze słychać było w całym kompleksie hotelowym. Zewsząd wychylały się zaciekawione postaci żeby zobaczyć, co się dzieje. Bardzo szybko Egipcjanie nauczyli się wołać „dobra, dobra”, co brzmiało jak „abrakadabra” i kłócić się po arabsku, że piłka wyszła na out. Nikt nie liczył punktów, ale wydaje się, że wygrała drużyna zajmująca południowo-wschodnie boisko w setach 3:2. Obserwujący nasze zmagania kibice bawili się nie gorzej od nas a po zakończonym meczu zawodnicy obydwu drużyn zgodnie pozowali do zdjęcia. Czas zapłacić hotelowe rachunki i wyruszyć w drogę powrotną. Instalujemy się w mikrobusie jedziemy na lotnisko. Wiemy, że coś dzieje się z naszym samolotem. Wszystko sprawdzimy na lotnisku. Okazuje się, że mamy wracać LOT-em, ale dopiero jutro. Daremne okazały się nasze próby „załapania się” na jakiś samolot lecący w stronę Polski. Były wolne miejsca w samolocie do Moskwy, ale mróz nas odstraszył i zrezygnowaliśmy. Mamy załatwiony hotel w Hurghadzie i wracać będziemy o dzień później niż planowaliśmy. Po przespanej, na koszt linii lotniczych, nocy zjawiamy się na lotnisku ponownie i tym razem nasza wizyta była bardziej owocna. Mamy miejsce w samolocie, który leci do Warszawy – jest dobrze! Wieczorem lądujemy na Okęciu.
• strona 1 • strona 2 • strona 3 • strona 4 •
|